Jasne szczeknięcie uderzyło w Saszę niespodziewanie, jakby ktoś pociągnął za strunę w jego piersi. Szedł przez park, omijając wzrokiem rodziny, szczęśliwe pary, psy biegnące obok właścicieli.
Nie z zazdrości — cisza po prostu zajęła zbyt wiele miejsca w jego życiu. Gdy miał zejść z alejki, z krzaków wybiegł szczeniak: niezdarny, kudłaty, z oczami pełnymi zaufania.
Tak zaczęła się ich historia.
Minęło dwanaście lat.

Sasza nie spał drugą noc z rzędu. Dom oddychał razem z Czujem — starym owczarkiem środkowoazjatyckim, który kiedyś był tym szczeniakiem.
Sasza miał czternaście lat, gdy wuj Fiodor go przywiózł. Pamiętał mokry nos w swojej dłoni. Pies wybrał.
Czuj rósł powoli i solidnie. Cichy strażnik podwórza, wierny towarzysz. Gdy ojciec odszedł, pies leżał przy bramie aż do nocy. Gdy pierwsza miłość nie przyszła, usiadł obok Saszy bez słów.
Teraz Czuj umierał.
Sasza leżał na podłodze, słuchając rzadkich oddechów. Każdy był jak krok po cienkim lodzie. Dwudziestosześcioletni mężczyzna płakał cicho. Gładził siwiejący pysk i szeptał: dziękuję, zostań, żegnaj.

O świcie Czuj otworzył oczy. Nie było bólu. Tylko spokój. Spróbował podnieść głowę, ale nie zdołał. Sasza zrozumiał. Został do końca.
Tydzień później Sasza znów był w parku. Ból trwał, lecz był jaśniejszy. Z krzaków dobiegło nowe szczeknięcie. Szczeniak spojrzał na niego.
Sasza uklęknął i wyciągnął rękę.
Historie się nie kończą. One trwają dalej.