André jechał powoli po piaszczystej drodze w afrykańskim rezerwacie przyrody. Słońce było wysoko, gdy jego wzrok przykuł ruch przy rzece.
Zatrzymał się i ostrożnie podszedł. W rwącej wodzie walczyło małe lwiątko, usiłując nie zostać porwane przez nurt. Jego małe łapki ślizgały się po mokrych kamieniach, a woda zabierała je coraz dalej.
Bez wahania André zostawił plecak i wszedł do lodowatej wody. Prąd uderzał w jego nogi, próbując go przewrócić.
Po dużym wysiłku udało mu się chwycić lwiątko i przytrzymać przy piersi. Zwierzę drżało, wyczerpane, ale żyło. André dotarł na brzeg i ostrożnie położył je na trawie.

Nagle zza jego pleców rozległo się głębokie, groźne warknięcie. André odwrócił się i zobaczył kilka lwic powoli wyłaniających się z wysokiej trawy, za nimi ogromnego samca z ciemną grzywą. Ich żółte oczy wpatrywały się w niego. Wkrótce został otoczony.
Zrozumiał, że nie ma szans. Ucieczka była bezcelowa, walka niemożliwa. Serce biło tak mocno, że zdawało się słyszalne dla bestii. Zamknął oczy, przygotowując się na najgorsze.
Ale zamiast ataku rozległ się krótki, władczy ryk. Samiec wydał rozkaz. Lwy zatrzymały się. Lwiątko, nadal drżące, podeszło do André, pisnęło cicho i przyłożyło mokrą głowę do jego ręki, jakby dziękując za uratowane życie.

Samiec powąchał go uważnie, a potem powoli się cofnął. Lwice rozstąpiły się, tworząc przejście. Lwiątko wróciło do matki, która zaczęła delikatnie lizać jego sierść. Samiec podniósł głowę i głośno ryknął, powodując drżenie ziemi.
André powoli oddalił się z kręgu lwów, nie odwracając wzroku. Gdy znalazł się w bezpiecznej odległości, nogi prawie go opuściły.
Tego dnia zrozumiał, że nawet najbardziej przerażające drapieżniki potrafią dostrzec akt dobroci i odpowiedzieć łaską.