Każdego dnia stado kruków zbierało się przy tym samym oknie, jakby było to częścią ich niezmiennego rytuału. Początkowo mieszkańcy kamienicy przy ulicy Saint-Claire nie przywiązywali do tego większej wagi.
Budynek był stary, pełen pęknięć, skrzypiących schodów i wiecznie migającego światła na klatce schodowej. Nic niezwykłego — aż do momentu, gdy ptaki zaczęły wracać codziennie.
Na trzecim piętrze, przy mieszkaniu numer 17, kruki gromadziły się o świcie i przed zmierzchem. Krakały głośno, przepychały się, trzepotały skrzydłami i uważnie wpatrywały się w ciemne wnętrze mieszkania. Próbowano je przepędzać, ale bez skutku. Zawsze wracały.

Thomas Reed, listonosz, przypomniał sobie kobietę, która kiedyś tam mieszkała — Eleanor Winfield. Starsza, samotna, często widywana z ptakami.
Rozmawiała z nimi, karmiła je, jakby były jedynymi istotami, które naprawdę ją rozumiały. Od ponad roku nikt jej jednak nie widział.
Z czasem w nocy zaczęły pojawiać się niepokojące dźwięki. Delikatne szmery, trzepot skrzydeł, odgłosy kroków w pustym mieszkaniu. Martha Graves przysięgała, że widziała światło w oknie, mimo że prąd był od dawna odłączony.
W końcu kilku sąsiadów postanowiło działać. Zapukali do drzwi mieszkania numer 17. Cisza była absolutna. Student Leo Martin wspiął się po zewnętrznej drabinie i zajrzał do środka przez okno.
Wnętrze było pełne kruków. Siedziały na meblach, podłodze i półkach. Pośrodku pokoju, w starym fotelu, znajdowała się Eleanor. Jej ciało było wysuszone, niemal zmumifikowane, a dłonie wyciągnięte w znajomym geście karmienia.
Najbardziej przerażające było to, że ptaki jej nie dotykały. One jej strzegły.

Gdy Leo poruszył się nieznacznie, wszystkie czarne oczy zwróciły się w jego stronę. Wtedy usłyszał cichy, chrapliwy szept:
— Nie przeszkadzaj… one jeszcze nie skończyły.
Następnego dnia mieszkanie zostało zaplombowane, a okna zabito deskami. Kruki zniknęły. Jednak czasami, bardzo wcześnie rano, mieszkańcy wciąż słyszą znajome krakanie, jakby coś tam wciąż czuwało.