Tego wieczoru północna droga wydawała się zapomniana. Śnieg szczelnie pokrywał asfalt, las trwał w milczeniu, a niebo przybrało delikatnie różowy odcień.
Kierowcy zwalniali z powodu lodu — aż nagle pojawiły się niebieskie światła.
Początkowo wyglądało to na rutynową kontrolę. Szybko jednak okazało się, że sytuacja jest niezwykła: dwóch policjantów próbowało uspokoić mężczyznę przebranego za Świętego Mikołaja, obok nerwowo poruszały się renifery. Przewrócone sanie migały świątecznymi lampkami.

Mężczyzna nazywał się Edward Mason. Kiedyś był kierowcą ciężarówki i prowadził spokojne życie. Po śmierci żony i utracie pracy wszystko się zawaliło.
Jedyne, co dawało mu sens, to odwiedzanie domów dziecka w stroju Mikołaja i rozdawanie skromnych prezentów kupionych za ostatnie pieniądze.
Tego dnia jechał starym pickupem bez tablic — nie z wyboru, lecz z braku środków. Sanie miały być niespodzianką dla małego ośrodka za lasem. Na oblodzonym zakręcie mocowanie puściło.
Policjanci działali zgodnie z przepisami. Edward opierał się z rozpaczy — bał się, że dzieci zostaną bez prezentów.

Gdy jeden z reniferów zbliżył się do jezdni, ruch ustał. Ludzie wyszli z samochodów. Ktoś zauważył porozrzucane zabawki.
Kobieta podniosła pluszowego misia i powiedziała cicho:
— To prawdziwy Mikołaj… tylko po swojemu.
Te słowa wszystko zmieniły. Policjanci spojrzeli na siebie. Zamiast mandatu była pomoc. Odprowadzili Edwarda do domu dziecka.
Gdy ostatni prezent zniknął za bramą, Edward stał we łzach na śniegu. Tamtego wieczoru dogonili go. Ale nie cud.