Wczoraj panował potworny upał. Powietrze było ciężkie, a asfalt wręcz się topił. Chciałam tylko szybko zrobić zakupy i wrócić do domu. Idąc przez parking, zauważyłam coś niepokojącego.
W zamkniętym samochodzie siedziała owczarka niemiecka i ciężko dyszała. Jej oczy były mętne, język zwisał, a szyba była zaparowana od gorąca. Od razu poczułam strach.
Na przedniej szybie zobaczyłam karteczkę z numerem. Zadzwoniłam. Odezwał się mężczyzna. Powiedziałam:
— Pana pies jest w niebezpieczeństwie, proszę wrócić!

On, zimno:
— Zostawiłem jej wodę. To nie pani sprawa.
Woda była gorąca jak wrzątek. Pies drżał. Powtórzyłam:
— Ona może umrzeć!
— Zaraz będę. Proszę nie dotykać auta.
Rozłączył się. Minuty mijały, a pies słabł coraz bardziej. Zrozumiałam, że jeśli nic nie zrobię, będzie za późno.
Podniosłam kamień. Ręce mi drżały. Jeden cios — szyba pękła. Drugi — rozsypała się. Z wnętrza buchnęło gorąco. Otworzyłam drzwi i wyciągnęłam psa.
Oparł się o mnie, ledwo trzymając się na nogach. Dałam mu wody, powoli dochodził do siebie.

Wtedy pojawił się właściciel, krzycząc:
— Co pani zrobiła?!
Wskazałam psa. Spojrzał na niego, zbladł. W jego oczach złość zmieniła się w strach i wstyd.
Uklęknął, pogłaskał psa i powiedział cicho:
— Nie zrozumiałem… Dziękuję.
Nie spodziewałam się tych słów.