Wracałem spokojną, leśną drogą, gdzie zazwyczaj panuje cisza i pojawiają się tylko pojedyncze samochody. Nagle mój wzrok przyciągnęło coś zupełnie nieoczekiwanego.
Przy poboczu siedziała ogromna niedźwiedzica. Siedziała na tylnych łapach i unosiła jedną przednią, jakby chciała mi pomachać.
Na początku pomyślałem, że to jakiś żart albo zwierzę, które uciekło z cyrku. Ale nie — była prawdziwa. Jej ciemne futro błyszczało w świetle dnia, a głębokie oczy uważnie mnie obserwowały.
Zrobiło mi się zimno, bo dzikie drapieżniki rzadko zachowują się tak spokojnie przy człowieku.

Już miałem wrzucić bieg i odjechać, gdy zauważyłem coś dziwnego. Łapa, którą niedźwiedzica unosiła, była obwiązana białym bandażem. W jednej chwili jej gest przestał być zabawny — stał się rozpaczliwy.
Uchyliłem okno dosłownie na kilka centymetrów. W lesie panowała absolutna cisza. Niedźwiedzica wyglądała na zmęczoną i obolałą, nie na agresywną.
Spróbowałem zatrąbić, żeby ją przestraszyć, ale wtedy zrobiła krok do przodu i jeszcze raz uniosła ranną łapę. To wtedy zauważyłem metalową pułapkę leżącą kawałek dalej.

Jej zęby były zakrwawione, a zerwany łańcuch ciągnął się po ziemi. Zwierzę musiało szarpać się z ogromną siłą, żeby się uwolnić.
W tym momencie z daleka zauważyłem samochód leśników. Włączyłem światła awaryjne i zacząłem machać, żeby zwrócić ich uwagę. Gdy podeszli bliżej i zobaczyli zwierzę, wszystko stało się jasne.
Od trzech dni szukali rannej niedźwiedzicy, która wpadła w pułapkę kłusownika.
Zrozumiałem wtedy, że nie machała mi na powitanie. Ona błagała o pomoc — i dziękowała, że w końcu się pojawiła.