Poranek w zatoce był niezwykle spokojny. Turkusowa woda była gładka jak lustro, a wysokie klify odbijały się w jej powierzchni. Marek powoli prowadził swoją małą jacht, rozkoszując się ciszą i ciepłem porannego słońca.
Obok niego siedział jego wierny golden retriever, Luna. Zwykle podczas takich wypraw po wodzie Luna była spokojna, obserwowała mewy lub delikatne fale pozostawione przez jacht. Była mądrym i spokojnym psem.
Tego ranka jednak coś było inaczej.
Nagle Luna podniosła się gwałtownie.

Jej wzrok skupił się intensywnie na brzegu, a następnie zaczęła szczekać głośno i niepokojąco. To nie było zwykłe szczekanie — to brzmiało jak rozpaczliwy krzyk.
Położyła łapy na ramieniu Marka i szczekała jeszcze głośniej.
— Co się dzieje, Luna? — zapytał zaskoczony.
Pies nie przestawał. Biegał po jachcie, patrząc w stronę brzegu, jakby chciał przekazać coś bardzo ważnego.
Marek spojrzał tam, gdzie wskazywała Luna. Daleko dostrzegł tylko przewrócone drzewo przy wodzie.
— Dobrze… sprawdźmy to — powiedział.
Delikatnie skręcił ster i skierował jacht w stronę brzegu.
Im bliżej byli, tym bardziej Luna była nerwowa. Szczekała, poruszała ogonem i wpatrywała się w korzenie przewróconego drzewa.
Gdy jacht zatrzymał się przy brzegu, Marek pochylił się nad burtem.
I wtedy to zobaczył.
Mały szczeniak ugrzązł między mokrymi korzeniami. Próbował się wspiąć, ale jego małe łapki ślizgały się po wilgotnym drewnie.
— O nie…
Ale to nie było najgorsze.
W ciemnej wodzie obok poruszyła się długa, ciemna sylwetka.
Marek poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie.
To był krokodyl.
Reptil poruszał się prawie bezgłośnie i powoli zbliżał się do brzegu.
Szczeniak mógł w każdej chwili wpaść do wody.
Marek szybko chwycił długi hak z jachtu.
— Trzymaj się, maluchu…
Luna szczekała tak głośno, że echo odbijało się między klifami.
Krokodyl zbliżał się coraz bardziej.

Marek wyciągnął hak i udało mu się złapać szczeniaka za małą uprząż.
W tym momencie woda wybuchła wielkim pluskiem.
Krokodyl zaatakował.
Ale Marek pociągnął szczeniaka z całej siły.
Małe, drżące ciało wpadło na pokład.
Luna natychmiast podbiegła i zaczęła lizać szczeniaka, cicho piszcząc.
Szczeniak żył.
Marek usiadł na pokładzie, próbując uspokoić swoje serce.
Po kilku minutach dostrzegł coś jeszcze bardziej zdumiewającego.
Luna nie spuszczała szczeniaka z oczu.
Marek przyjrzał się jego łapce.
Była tam jasna plamka.
Rozpoznał ją natychmiast.
To był szczeniak, którego Luna straciła dwa dni wcześniej podczas burzy.
I w jakiś sposób…
prowadziła go prosto do swojego własnego malucha.