Śnieg padał gęsto, a reflektory czarnego SUV-a tonęły w bieli. Anastazja siedziała z tyłu, wracając z balu charytatywnego. Nagle dostrzegła sylwetkę po prawej stronie drogi — staruszkę w cienkim płaszczu i chustce.
– Zatrzymaj się – powiedziała cicho kierowcy.
Gdy drzwi się otworzyły, zimno wdarło się do środka. Kobieta podniosła szare oczy, niemal przezroczyste.
– Córko… mogę się tylko trochę ogrzać? – wyszeptała.
Anastazja kiwnęła głową. W samochodzie zapachniało suszonymi ziołami.
– Odwieźć panią do domu?
– Mój dom daleko… ale możesz zabrać mnie do siebie. Nie będę przeszkadzać.

Słowa brzmiały dziwnie, lecz Anastazja się zgodziła.
W willi panowała cisza. Staruszka zatrzymała się przy portrecie rodzinnym — Anastazja, mąż Aleksiej i ich córeczka Liza.
– To twoja dziewczynka?
– Tak. Zmarła trzy lata temu – odpowiedziała z bólem.
Staruszka dotknęła ramy obrazu.
– Czasem dziecięce dusze gubią się w śniegu. Pomogłaś mi – teraz ja pomogę tobie.
Ciepło wypełniło pokój. Kobieta zaczęła jaśnieć i powoli znikać. Na dywanie został mały, śnieżny wisiorek w kształcie serca.

Anastazja go podniosła. W tej chwili usłyszała śmiech dziecka z piętra. Pobiegła do pokoju córki – przy oknie siedziała Liza, uśmiechnięta.
– Mamo, wróciłaś?
Łzy spłynęły po policzkach. Anastazja objęła ją, lecz ciało dziecka było z samego światła.
– Chciałam tylko powiedzieć, że cię kocham – szepnęła i zniknęła.
Burza ustała. Na portrecie błyszczało małe serce ze śniegu. Anastazja wiedziała – cuda rodzą się w najzimniejszą noc.