Jesienny las był cichy i złoty. Liście cicho szeleściły pod powolnymi krokami Marthy Brown, osiemdziesięciodwuletniej kobiety. Szła tą ścieżką po raz ostatni.
Za dwa dni miała opuścić swój stary dom na skraju lasu. Jej dzieci od dawna mieszkały w mieście i przekonały ją do przeprowadzki. Wkrótce miała zamieszkać w małym mieszkaniu z widokiem… na parking.
Martha zatrzymała się i spojrzała na wysokie sosny. Delikatnie pogłaskała korę jednego z drzew, jakby żegnała starego przyjaciela. Ten las był częścią jej życia przez wiele lat.
Nagle ciszę przerwał dziwny dźwięk. To nie był śpiew ptaka ani szum wiatru. Brzmiało to raczej jak cichy płacz małego dziecka.
Martha zmarszczyła brwi i zaczęła uważnie słuchać. Dźwięk dochodził z małego wąwozu pełnego gałęzi i mokrych liści. Powoli zeszła w dół po śliskiej ziemi.

Na dnie wąwozu zobaczyła coś brązowego, co się poruszało. Był to mały niedźwiadek, brudny i przestraszony. Jego łapa zaplątała się w stary zardzewiały drut.
— Och, ty biedaku… — powiedziała cicho Martha. — Gdzie jest twoja mama?
Niedźwiadek spojrzał na nią wielkimi okrągłymi oczami. Nagle kichnął prosto na jej but. Martha roześmiała się głośno.
Wyjęła mały nóż, którego używała do zbierania grzybów. Bardzo ostrożnie zaczęła przecinać zardzewiały drut. Po chwili łapa niedźwiadka była wolna.
— No już, jesteś wolny — powiedziała spokojnie. — Idź do swojej rodziny.
Ale niedźwiadek nie odszedł. Zrobił jeden krok za nią. Potem drugi.
Martha zaczęła wracać do domu. Za sobą słyszała małe, niezdarne kroki. Niedźwiadek szedł za nią jak mały piesek.
— Nie, nie, nie… ja nie adoptuję niedźwiedzi — mruknęła Martha.
Jednak niedźwiadek wyglądał na zdecydowanego. Szedł za nią aż do skraju lasu. A potem aż do starego drewnianego domu.
Wszedł nawet na ganek. Martha spróbowała zamknąć drzwi. Niedźwiadek położył się spokojnie na wycieraczce.
Następnego ranka Martha zadzwoniła do służby ochrony dzikich zwierząt. Mówiła trochę niepewnie.
— Dzień dobry… wydaje mi się, że mam dość niezwykłego gościa.
— Małego niedźwiadka? — zapytał spokojnie pracownik.
Martha zamilkła na kilka sekund.
— Skąd pan to wie?
— Bo jest pani szóstą osobą, która dziś dzwoni w tej sprawie — odpowiedział ze śmiechem.
Godzinę później przyjechała grupa specjalistów. Obejrzeli niedźwiadka i zabrali go do ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt. Martha poczuła lekką ulgę, ale też odrobinę smutku.

Minął miesiąc. Pewnego dnia Martha otrzymała niespodziewany telefon.
— Pani Brown, mamy mały problem z niedźwiadkiem.
— Tylko nie mówcie, że uciekł.
— Nie… jest gorzej. On nie chce jeść.
Martha była zaskoczona i zapytała dlaczego.
— Bo je tylko wtedy, gdy widzi pani zdjęcie.
Następnego dnia Martha odwiedziła ośrodek. Kiedy tylko weszła na teren wybiegu, niedźwiadek natychmiast pobiegł w jej stronę.
Pracownicy patrzyli na to z niedowierzaniem. Niedźwiadek stanął na tylnych łapach i oparł głowę o Marthę.
Dyrektor ośrodka uśmiechnął się.
— Myślę, że dla niego… jest pani jego mamą.
Martha westchnęła i spojrzała na małego niedźwiedzia.
— Dobrze — powiedziała. — Ale w moim nowym mieszkaniu zwierzęta są zabronione.
Dyrektor roześmiał się.
— Proszę się nie martwić. Właśnie szukamy nowego dyrektora naszego rezerwatu przyrody.
Spojrzał na niedźwiadka.
— I wygląda na to, że pierwszy głos został już oddany.