Na początku pomyślałem, że to po prostu stos gałęzi lub śmieci. Ale gdy się zbliżyłem, serce mi zamarło: ogromny brunatny niedźwiedź zaplątał się w grube siatki, prawdopodobnie pozostawione przez kłusowników.
Zwierzę ryczało i szarpało się, ale im bardziej walczyło, tym głębiej sznury wnikały w jego futro.

Zwolniłem, nie mogąc oderwać wzroku. Wszystko we mnie krzyczało, że niedźwiedź jest niebezpieczny i może zaatakować w każdej chwili.
Mimo to nie mogłem pojechać dalej jakby nic się nie stało. Zatrzymałem silnik, otworzyłem bagażnik i wziąłem nóż myśliwski. Ręce drżały, gdy ostrożnie podchodziłem.
Niedźwiedź dostrzegł mnie. Jego ciemne oczy błyszczały strachem i złością.
Zaryczał i potrząsnął głową. Szeptałem, bardziej do siebie niż do niego:
— Spokojnie… chcę ci tylko pomóc…
Z najwyższą ostrożnością zacząłem ciąć liny. Każdy ruch był próbą, każdy dźwięk przypominał o niebezpieczeństwie.
Po kilku długich minutach siatka ustąpiła. Niedźwiedź odskoczył i zniknął w lesie. Stałem tam, dysząc ciężko, przekonany, że wszystko się skończyło.

Ale ciszę przerwał trzask gałęzi. Niedźwiedź powrócił, tym razem z małym niedźwiadkiem, którego łapa nadal tkwiła w kawałku siatki, którego nie zauważyłem. Maluch jęczał, nie mogąc się uwolnić.
Zrozumiałem wtedy, że dorosły niedźwiedź nie odszedł, żebym uratował też jego dziecko. Drżąc, przykucnąłem i uwolniłem malucha. Natychmiast wtulił się w matkę.
Niedźwiedzica długo patrzyła na mnie. W jej oczach nie było złości, tylko cicha wdzięczność. Następnie zniknęły razem w lesie. Stałem tam wzruszony. Ratując jednego niedźwiedzia, uratowałem całą rodzinę.