Szedł za psem, niosąc w piersi serce bijące w obcym, niespokojnym rytmie, i wcale nie strzału się bał, lecz spojrzenia, które mógł napotkać.
Thomas widział, jak Emma — jego angielski seter — znika za stertą suchych gałęzi, trzymając w pysku banana i głąb kapusty.
Było w tym coś dziwnie domowego, niemal ludzkiego, i właśnie dlatego ten widok ścisnął mu gardło. Zatrzymał się, wsłuchując w swoje ciało, w serce osłabione po zawale, które czasem wydawało mu się pożyczone, jakby nie należało już w pełni do niego.

Thomas nigdy nie był myśliwym. Strzelba wisząca na jego ramieniu była raczej wymówką niż prawdziwą bronią. Strzelał źle, niepewnie, i często żartował z własnej nieudolności, choć śmiech szybko gasł.
Lekarze zalecali mu ruch, świeże powietrze i spokój. Clara, jego żona, uznała, że najlepszym lekarstwem będzie pies i las.
W dniu urodzin podarowała mu szczeniaka i strzelbę, jakby wierzyła, że jedno nauczy go radości, a drugie ostrożności.
Emma rosła łagodna i inna niż wszystkie psy w okolicy. Każdego dnia ciągnęła Thomasa do lasu obok domu, jakby wiedziała, że wśród drzew jego serce bije pewniej.
Bała się strzałów — nie wpadała w panikę, lecz drżała i patrzyła na niego wzrokiem, który bolał bardziej niż krzyk.
Mężczyźni z wioski kpili z niego, nazywając go myśliwym bez zdobyczy i psem bez instynktu. Thomas przestał się tłumaczyć. Dawno już nie miał siły niczego udowadniać.

Czasami zdarzało się najgorsze. Strzał oddany bez myśli, przypadek, i nagle w niewłaściwym miejscu znajdowało się małe zwierzę.
Po takich dniach Thomas nie potrafił spojrzeć Emmie w oczy. Ona jednak patrzyła — cicho, długo, z wyrzutem.
— Nie chciałem… — szeptał. — Przysięgam, nie celowałem.
Emma ciężko wzdychała i odwracała głowę.
Tego dnia wróciła inaczej. Za nią wyszło chude, ranne lisie szczenię, przestraszone i drżące. Thomas powoli opuścił strzelbę.
Serce waliło mu w piersi tak mocno, że słyszał je w uszach. Ostrożnie uklęknął, tak jak uczyli lekarze, i wyciągnął rękę.
Po raz pierwszy świadomie dokonał wyboru — nie strzelił. Emma podeszła bliżej i delikatnie dotknęła jego dłoni nosem.
W tej chwili Thomas zrozumiał, że prawdziwe lekarstwo nie znajduje się w aptece. Szło obok niego, patrzyło uważnie i uczyło go na nowo żyć — bez strzałów.