Gdy Livia zgodziła się poślubić Andreę, spodziewała się przynajmniej neutralnego nastawienia jego rodziny. Jednak już pierwszego dnia jego matka, Marcella, patrzyła na nią z chłodem.
W dniu ślubu Livia postanowiła to zignorować. To miał być radosny dzień. Ale jeden gest zmienił wszystko.
Marcella była niespokojna. Ciągle krążyła przy stole młodej pary, jakby czekała na właściwy moment. Kiedy Livia zobaczyła, jak wrzuca coś do jej kieliszka szampana, przeszył ją dreszcz.
Instynktownie zamieniła kieliszki, gdy tylko Marcella odwróciła wzrok. Potem udawała, że nic się nie stało.

Marcella wracała wiele razy, poprawiała serwetki, patrzyła na kieliszki, była wyraźnie zdenerwowana. Livia czuła rosnący niepokój.
Podczas tańca z Andreą myślała tylko o tym, co widziała. Wracając, zauważyła Marcellę ponownie przy stole — wystraszoną, z drżącymi dłońmi.
Gdy goście zebrali się przy torcie, Livia zabrała oba kieliszki do pomieszczenia gospodarczego. Spotkała tam Estebana — lekarza i przyjaciela rodziny. Poprosiła go o sprawdzenie zawartości.
Esteban zbladł.
— To nie trucizna — powiedział. — To silny środek uspokajający. W dużej dawce powoduje utratę przytomności.
Dodał:
— Marcella sama często to bierze…
Wszystko stało się jasne. Nie chciała jej skrzywdzić. Chciała uspokoić siebie. Lęk, stres, strach przed emocjami — ukrywane pod surową maską.

Livia znalazła ją później samotną w korytarzu, z twarzą ukrytą w dłoniach.
— Nie chciałam nikogo skrzywdzić… — wyszeptała Marcella. — Bałam się, że sobie nie poradzę.
Livia usiadła obok niej.
— Jesteśmy rodziną. Nie musi pani wszystkiego dźwigać sama.
To był początek zrozumienia.