Usiadłam na ławce, próbując złapać oddech. Serce biło jak szalone. Wtedy pojawiła się kobieta – wysoka, elegancka, w długim szarym płaszczu, z łagodnym uśmiechem.
— Źle się pani czuje? Mogę pomóc?
Jej głos był miękki, uspokajający.
— Mogę potrzymać pani dziecko, jeśli chce pani chwilę odpocząć, — zaproponowała.
Zawahałam się. Brzmiała szczerze… ale coś w jej oczach mnie przeszyło. Nie widziałam tam troski, raczej chłodną ciekawość, wyrachowanie.
— Nie, dziękuję, — odpowiedziałam, mocniej chwytając wózek. — Zaraz mi przejdzie.

Kobieta nalegała, zrobiła krok w moją stronę.
— Proszę, tylko na chwilkę.
Coś w środku krzyknęło nie. Wstałam gwałtownie i ruszyłam w stronę głównej ulicy. Kobieta zatrzymała się, po czym szybko odeszła, znikając za rogiem.

Wieczorem, w domu, zamarłam, oglądając wiadomości. Mówili o próbach porwań dzieci w naszej okolicy. Na ekranie pokazano zdjęcie z kamery: kobieta w szarym płaszczu. Ta sama.
Przytuliłam synka mocno do piersi. Jedno złe słowo, sekunda zawahania – i mogłoby go już nie być.
Od tamtej pory bardziej niż kiedykolwiek ufam własnemu instynktowi. Dobroć istnieje, ale czasem ma maskę. A różnica między dłonią anioła a dłonią potwora to tylko przeczucie w sercu.