Śnieg tamtego dnia był kruchy jak szkło. Chrzęścił pod kopytami, gdy samica koziorożca prowadziła swoje młode wzdłuż wąskiej półki skalnej na Cliffside.
Wiatr był lodowaty, niebo niskie i blade, a cisza napięta.
Młode szło tuż za nią, nieświadome prawdziwego zagrożenia. Nagle poślizgnęło się. Kamień spadł w przepaść, a echo długo odbijało się w dolinie.

Matka zamarła.
Z mgły wyłonił się drapieżnik. Poruszał się bezszelestnie, niemal stapiając się ze śniegiem. W jego oczach był instynkt.
Matka pchnęła młode do przodu. Biegli po oblodzonej ścieżce. Pod nimi rozciągała się przepaść.
Drapieżnik przyspieszał.
Ucieczka nie wystarczy.
Odwróciła się i stanęła między nim a swoim dzieckiem. Jej kopyta szukały oparcia na lodzie. Młode drżało za jej plecami.
Skok.
Śnieg wzbił się w powietrze. Matka przyjęła atak na siebie, odciągając uwagę. Stała jak mur.

Chwila ciszy.
Drapieżnik zawahał się. Ścieżka była zbyt wąska. Po kilku sekundach wycofał się w mgłę.
Młode było bezpieczne. Matka dotknęła jego czoła swoim.
Na Cliffside legendy się nie opowiada — one się wydarza. Czasem jedna sekunda decyduje o całym życiu.