Edward Harris obudził się nagle, nie rozumiejąc, co dokładnie wyrwało go ze snu. Noc była dziwnie cicha, jakby cały świat na chwilę zamarł. Nawet wiatr, który zwykle uderzał w ściany chaty, teraz milczał.
Leżał nieruchomo, wsłuchując się w ciemność. Wtedy to usłyszał — spokojny, głęboki oddech tuż za drzwiami. Serce zaczęło mu bić szybciej, gdy wspomnienie wróciło z pełną siłą.
Podniósł się powoli i chwycił latarkę. Jego dłonie lekko drżały, choć próbował zachować spokój. Każdy krok w stronę drzwi wydawał się cięższy niż poprzedni.
Kiedy otworzył drzwi, zimne powietrze uderzyło go w twarz. W ciemności zobaczył oczy — znajome, spokojne, ale inne niż kiedyś. To była ona.
Sylva.

Stała nieruchomo, obserwując go uważnie. Jej spojrzenie nie było już pełne bólu, lecz czegoś znacznie głębszego. Za nią poruszyły się cienie.
Z mgły wyłoniły się dwa wilki. Edward poczuł, jak zimny dreszcz przebiega mu po plecach. Instynkt mówił, żeby uciekać, ale coś go powstrzymało.
Sylva zrobiła kilka kroków do tyłu. Odwróciła się w stronę lasu i zatrzymała, patrząc na niego. Czekała.
To nie było przypadkowe spotkanie. Ona przyszła z konkretnym powodem.
Edward zawahał się tylko przez chwilę. Potem ruszył za nią, zostawiając za sobą resztki bezpieczeństwa. Las szybko go pochłonął.
Wilki poruszały się bezszelestnie między drzewami. Sylva prowadziła pewnie, jakby znała każdy krok tej drogi. Powietrze stawało się cięższe.
Nagle poczuł zapach. Ostry, metaliczny, nie do pomylenia. Krew.
Zatrzymał się gwałtownie, a jego ciało napięło się instynktownie. Wiedział, że to oznacza kłopoty. I to poważne.
Dotarli do polany. W centrum leżała postać. Edward podszedł ostrożnie, czując narastający niepokój.
To był Daniel Cross.
Jego mundur był rozdarty, ciało pokryte krwią. Mimo to oddychał, choć bardzo słabo. Edward natychmiast uklęknął obok niego.
Rany nie wyglądały na zadane przez zwierzęta. Były zbyt precyzyjne, niemal zaplanowane. To nie był przypadek.
Daniel z trudem otworzył oczy. “To nie zwierzęta…” wyszeptał ledwo słyszalnie. Jego głos był słaby i urywany.
Edward pochylił się bliżej. “Więc kto?” zapytał cicho, czując jak narasta w nim napięcie.
“Ludzie…” odpowiedział Daniel, zanim jego głowa opadła bezwładnie.
Edward rozejrzał się wokół. Na drzewach zauważył świeże nacięcia. Ktoś oznaczył to miejsce.
Sylva wydała niski pomruk. Wilki napięły się, ich spojrzenia skierowały się w ciemność. Coś się zbliżało.
Nagle ciszę przerwał metaliczny dźwięk. Edward natychmiast zrozumiał. Nie byli sami.
Tym razem jednak nie uciekł. Powoli wstał, czując dziwny spokój. Strach ustępował miejsca determinacji.

“Nie boję się,” powiedział cicho. Sylva stanęła obok niego. Wilki przesunęły się bliżej.
Z cienia wyłonili się uzbrojeni mężczyźni. Ich ruchy były pewne, ale niepewność pojawiła się w ich oczach. Nie spodziewali się tego.
Edward uniósł ręce. “On żyje,” powiedział spokojnie. Każde słowo było wyraźne.
Zawahanie trwało sekundę. To wystarczyło.
Sylva ruszyła pierwsza. Wilki zaatakowały natychmiast. Noc wypełnił chaos.
Krzyki przecięły ciszę lasu. Edward wykorzystał moment i odciągnął Daniela dalej. Skupił się tylko na jednym — uratować go.
Oddychał ciężko, ale nie przestawał. Wiedział, że nie może się poddać. To była jego jedyna szansa.
Po kilku minutach wszystko ucichło. Mężczyźni zniknęli, jakby rozpłynęli się w mgle. Las znów stał się spokojny.
Sylva wróciła powoli. Jej spojrzenie znów było spokojne. Wilki stanęły za nią jak strażnicy.
Edward spojrzał w niebo. Poczuł coś, czego nie czuł od dawna. Spokój.
W końcu zrozumiał. Ona nie wróciła po pomoc.
Przyszła, żeby go uratować.