Śnieg padał gęsto, tłumiąc dźwięki. Droga do rezydencji rodziny Hawków była niemal nieprzejezdna, ale największy chłód czułam w środku.
Coś było nie tak z Emmą. Kiedyś była odważną reporterką wojenną. Teraz, przy mężu, stała się cicha i zalękniona.
Brama była otwarta. W oknach ciepłe światło, muzyka, śmiech. A na kamiennych schodach — Emma. Bez płaszcza. W cienkiej sukience.

Objęłam ją. Była lodowata.
— Jak długo tu stoisz? zapytałam.
— Godzinę… może dłużej. Sprzeciwiłam się jego ojcu. Mark kazał mi wyjść.
Ogarnęła mnie furia. Podczas gdy oni świętowali, moja córka marzła.
Wprowadziłam ją do środka. Muzyka ucichła. Mark podszedł z wymuszonym uśmiechem.
— Emma, chciałem—
— Nie kłam, powiedziałam.
Richard Hawk wstał.
— Linda, to sprawa rodzinna.
— Nie. Dotyczy mnie. I dziecka.
Mówił o zasadach. Spojrzałam na Emmę, jej dłoń na brzuchu.
— W takim razie wychodzi dziś, powiedziałam.

Mark zbladł.
— Nie możesz jej zabrać.
— Mogę. Bo przestałeś być jej rodziną.
Emma spojrzała na mnie. W jej oczach wróciła siła.
Ta noc nie była końcem.
Była początkiem.