Zaczęło lekko padać. John był już kilka kroków od bramy, kiedy nagle się zatrzymał. Kotek nadal siedział przy ogrodzeniu, mokry i drżący.
Powinien był odejść. To byłoby najprostsze rozwiązanie. Ale coś w tym spojrzeniu nie pozwalało mu ruszyć dalej.
Od lat unikał przywiązań. Po tamtym dniu zamknął się w sobie i przestał reagować. Nie chciał już czuć ani pamiętać.
— To nie mój problem… powiedział cicho. Jednak zawrócił.

Brama zaskrzypiała. Pani Harper wyszła powoli, trzymając łopatę. Jej twarz była zimna i pozbawiona emocji.
— Mówiłam, że nie ma tu dla niego miejsca. Kotek skulił się jeszcze bardziej.
John zrobił krok do przodu. — To tylko zwierzę, nic nie zrobiło.
Kobieta uśmiechnęła się dziwnie. — Naprawdę tak myślisz? Deszcz zaczął padać mocniej.
— Czasem coś wraca… powiedziała. I nigdy bez powodu.
John zmarszczył brwi. — O czym pani mówi?
— Lata temu zniknął tu chłopiec, odpowiedziała spokojnie. Nigdy go nie odnaleziono.
Serce Johna ścisnęło się boleśnie. Wspomnienie wróciło nagle.
— I co to ma wspólnego z kotkiem?
— On pojawia się zawsze, gdy pada deszcz. Z tym samym spojrzeniem.
John zamarł. Przypomniał sobie wszystko.
Mokra droga. Samotny chłopiec. I on… który odjechał.
— Nie… to niemożliwe… szepnął.
Kotek podszedł bliżej. Zamiauczał cicho.
John uklęknął. Jego ręce drżały.
— Tym razem nie odejdę, powiedział.

Podniósł kotka. Zwierzę natychmiast się uspokoiło.
— Zabieram go stąd.
Kobieta skinęła głową. — Wybory zawsze wracają.
John odszedł w deszczu. Każdy krok przypominał mu przeszłość.
Zatrzymał się nagle. Cisza była dziwna.
Spojrzał na kotka. I poczuł zimno.
Nie drżał już. Patrzył na niego uważnie.
Nie jak zwierzę. Ale jak ktoś, kto w końcu został zauważony i nie został tym razem zostawiony sam.