Kiedy Edgar zobaczył Emily — bladą, drżącą, w szpitalnej koszuli — poczuł, jak serce mu się ściska.
Chwilę wcześniej jechał w dobrym nastroju, z bukietem lilii i nowym fotelikiem dla dziecka. Ale widok młodej matki o pustym spojrzeniu zniszczył całe jego wyobrażenie o tym dniu.
— Emily, co się stało? Gdzie jest Owen? Gdzie samochód? — zapytał ostrożnie.
Emily podała mu telefon. Na ekranie widniała wiadomość:
„Mieszkanie jest teraz nasze. Twoje rzeczy są pod blokiem.”

Edgar pobladł. Natychmiast zadzwonił do znajomego policjanta. Po krótkiej rozmowie dowiedział się rzeczy znacznie gorszych, niż przewidywał.
Kilka godzin wcześniej widziano Owena przed budynkiem. Wynosił kartony, torby i walizki — wszystko, co mieli w mieszkaniu.
Sąsiedzi mówili później, że był zdenerwowany, krzyczał do telefonu. Wsiadł do samochodu i zniknął.
Wkrótce ustalono, że sprzedał auto, wziął kredyty na nazwisko Emily i uciekł. Jego telefon był wyłączony. Do pracy nie poszedł. Według pierwszych ustaleń od miesięcy prowadził podwójne życie.
Edgar okrył ją swoją kurtką.
— Jesteś bezpieczna. Jestem z tobą. Jedziemy do domu. Resztą się zajmiemy.
Emily mocniej przytuliła dziecko. Maluch spał spokojnie, jakby nie wiedział, co się dzieje.
Droga była krótka, ale ciężka. Edgar mówił, że pokój jest przygotowany, że rodzina czeka i chce pomóc. Emily uśmiechnęła się lekko.

W domu przyjęto ją ciepło. Dostała gorącą zupę, czyste pieluchy dla dziecka i miejsce do odpoczynku. Emily płakała długo, lecz jej łzy były łagodniejsze — przynosiły ulgę.
Późnym wieczorem Edgar odebrał telefon.
— Znaleźliśmy ślady — powiedział policjant. — Owen nie działał sam. Plany miał już przed narodzinami dziecka.
Edgar zamknął oczy. Wiedział, że to dopiero początek.
Ale był gotów. Dla Emily. Dla dziecka. Dla rodziny.