W wieku sześćdziesięciu pięciu lat Mikołaj pogodził się z samotnością. Żona zmarła, dzieci wyjechały, a dni mijały cicho i monotonnie. Gdy jego dawny przyjaciel Sergiusz zaproponował, by poznał jego córkę, Mikołaj zgodził się bez przekonania.
Ale Marina była inna. Ciepła, delikatna, uważna — jej obecność dodawała mu sił. Wkrótce narodziło się między nimi prawdziwe uczucie.

Nawet dzieci, początkowo zaskoczone, zaakceptowały ten związek.
Ślub był skromny, lecz wzruszający. Mikołaj wierzył, że los dał mu drugą szansę.
W noc poślubną, gdy zostali sami, zauważył, że Marina drży. Uśmiechnął się i zaczął powoli rozpinać guziki na jej plecach. I wtedy zobaczył coś, co sprawiło, że zamarł.
Na jej skórze widniała duża blizna. A pod nią — tatuaż: wyraźne litery i data.
„N.P.”
Jego własne inicjały.
— Marina… co to znaczy? — zapytał cicho.
Zasłoniła się, w oczach łzy.
— Proszę… nie pytaj.
I zaczęła mówić. Opowiedziała, jak wiele lat temu została porwana przez chorego psychicznie mężczyznę. Trzymał ją miesiącami, mówiąc, że jest jego własnością. Zanim uciekła, wypalił na jej plecach znak — inicjały „mężczyzny jej przeznaczenia”.
Mikołaj pobladł. Pamiętał te dawne wiadomości — o psychopacie, którego nigdy nie schwytano.

Marina płakała.
— Chciałam zapomnieć… wierzyłam, że pokochasz mnie mimo wszystko.
Wtedy podszedł i objął ją delikatnie.
— To nie jego znak. To dowód twojej siły. Jesteś wolna. I jesteś moją żoną.
Zasypiała w jego ramionach, łzy spływały jej po twarzy.
Tej nocy Mikołaj zrozumiał, że prawdziwa miłość nie odmładza — ona uzdrawia duszę.