Deszcz nie ustał aż do świtu. Grace szła po mokrym chodniku Seattle, tuląc do siebie Noaha. Każdy krok nie przynosił już bólu, lecz dziwne poczucie uwolnienia.
Nie odwróciła się. Dom, którego drzwi właśnie zamknęły się za jej plecami, przestał być centrum jej życia.
Pierwszą noc spędzili w pralni czynnej całą dobę. Noah spał z twarzą ukrytą w jej kurtce, a Grace siedziała na plastikowym krześle, obserwując bęben pralki obracający się bez końca.
Ten powtarzalny ruch działał kojąco: brud znikał, ustępując miejsca czystości.

Rano zadzwoniła do siostry, z którą od lat prawie nie utrzymywała kontaktu. Przez kilka sekund panowała cisza, po czym odezwał się łagodny głos:
— Przyjedź. Czekałam, aż będziesz gotowa.
Grace zapłakała po raz pierwszy od bardzo dawna — nie z powodu słabości, lecz dlatego, że zrozumiała, iż wciąż jest dla kogoś ważna.
Mijały miesiące. Grace znalazła pracę w małej kawiarni niedaleko zatoki. Na nowo uczyła się uśmiechać, ostrożnie, jakby przypominała sobie zapomniany język.
Noah szybko dorastał, a każdy jego postęp potwierdzał to, co już wiedziała: dokonała właściwego wyboru.
Wieczorami, gdy miasto odbijało się w wodzie jak w niedoskonałym lustrze, czasem myślała o Danielu. Bez gniewu.
Z chłodną jasnością. Nie zadawała już sobie pytania „dlaczego”. Niektórzy mylą wygodę z miłością, a pustkę z pasją.
Pewnego dnia wysłał jej krótką wiadomość, bez przeprosin:
— Teraz rozumiem. Byłaś jedyną prawdziwą rzeczą.

Grace długo wpatrywała się w ekran, po czym usunęła wiadomość bez odpowiedzi. To, co prawdziwe, nigdy nie wraca tam, gdzie nie było szanowane.
Rok później stała na innej werandzie. Noah biegał po drewnianej podłodze, śmiejąc się. Powietrze pachniało morzem i nowym drewnem.
Grace spojrzała na swoje odbicie w szybie i ledwie rozpoznała kobietę naprzeciw siebie. Była silniejsza, spokojniejsza, pełna.
Świat nadal był zwierciadłem. Ale teraz odbijał wybór. Jej wybór. I nie bała się już w nim rozbić.