Zimny jesienny deszcz bębnił o szybę, gdy Ellie i Mark wracali do domu spokojną wiejską drogą. Dzień był długi, a oni marzyli tylko o gorącej herbacie i suchych ubraniach. Ale gdy auto minęło zakręt, Ellie nagle wstrzymała oddech.
— Mark, zatrzymaj się… widziałeś to?
Głęboko w rowie, niemal całkowicie przykryty błotem, mały jelonek rozpaczliwie próbował się podnieść. Jego cienkie nóżki ślizgały się, a ciało drżało z zimna i strachu. Wyglądało na to, że zaraz straci siły.
Mark natychmiast zahamował. Wybiegli na ulewę. Ziemia była tak nasiąknięta wodą, że ich buty zapadały się w błoto.
— On nie tylko utknął… on już ledwo żyje, powiedziała Ellie.

Mark uklęknął przy rowie. Ostrożnie, powoli, wyciągnął ręce w stronę zwierzęcia. Jelonek poślizgnął się ponownie, rozpaczliwie machając nogami, ale Mark złapał go za tylne nogi i ostrożnie przyciągnął do siebie. Małe ciałko drżało jak w febrze.
— Spokojnie, maluchu… pomożemy ci, wyszeptał.
Delikatnie wyciągnął jelonka z ciężkiego błota i przeniósł go na trawiasty brzeg. Zwierzę próbowało wstać, lecz znów zadrżało i na moment pochyliło głowę, jakby zbierając siły. Ellie stanęła przy nim, osłaniając go od wiatru.
Przez kilka sekund jelonek stał nieruchomo, tuż obok nich, jakby nie wiedział, co zrobić. Jego wielkie oczy pełne były strachu, ale też zaufania. Krople deszczu spływały po jego mokrej sierści, lecz drżenie ustępowało.

Może zrozumiał, że jest już bezpieczny.
W końcu zrobił krok w stronę pola. Potem drugi. Obejrzał się jeszcze raz na ludzi, którzy uratowali mu życie, po czym lekkimi podskokami pobiegł w stronę drzew — gdzie zapewne czekała jego matka.
Ellie i Mark patrzyli za nim w milczeniu, z ciepłem w sercu.
To miał być zwykły powrót do domu w deszczu. Lecz tego dnia los dał im szansę, by uratować niewinne życie.