Aliska nie była zwykłym kotem. Miała w oczach mądrość i spokój, jakby rozumiała więcej, niż powinna. Ale tamtego wieczoru zrobiła coś niezwykłego. Drzwi cicho się otworzyły, a ona weszła, niosąc coś w pyszczku.
Delikatnie położyła zdobycz na dywanie i spojrzała na nas z dumą. Na podłodze siedziało drżące maleństwo o długich uszach. To nie był kociak ani szczeniak — to był mały zając.
Żona wyszeptała:
— Aliska, skąd go wzięłaś?

Kot położył się obok zajączka i cicho mruczał, jakby chciał go uspokoić. Od razu zrozumieliśmy — nie mogliśmy go zostawić.
Całą noc ogrzewaliśmy go ciepłymi ręcznikami, karmiliśmy mlekiem z pipety. Aliska czuwała, nie odchodząc ani na chwilę.
Rano pojechaliśmy do weterynarza.
— Jego matka pewnie zginęła — powiedział. — Gdyby nie wasz kot, nie przeżyłby.
Żona otarła łzy. Pogłaskałem Aliskę, która mruczała z dumą.
Zając rósł, a Aliska stała się jego opiekunką. Spali razem, bawili się, byli nierozłączni. Nazwaliśmy go Tosza.

Wiosną coraz częściej patrzył przez okno. Wiedzieliśmy, że nadszedł czas, by go wypuścić.
Zabraliśmy go na łąkę przy lesie. Otworzyłem transporter. Tosza spojrzał na nas i na Aliskę. Ona cicho zamiauczała — „idź”.
Podskoczył kilka razy i zniknął w trawie.
Aliska długo patrzyła w tamtą stronę. Nie było w jej oczach smutku. Tylko duma.