Gdy zamaskowani oficerowie otoczyli kapitana Ivara Lorenza, wśród pasażerów zapadła lodowata cisza.
W ich oczach widać było szok i niedowierzanie: jak można aresztować człowieka, który przed chwilą uratował im życie? Ivar stał spokojnie, jakby dokładnie tego się spodziewał.
Kilka godzin wcześniej lot 814 przebiegał całkowicie normalnie. Ludzie czytali, drzemią, rozmawiali.

Ivar, pilot z dwudziestopięcioletnim stażem, cieszył się opinią człowieka opanowanego i niezawodnego.
Jego drugi pilot, Ronald Shomer, wspominał później, że już przed awarią wyczuł w Ivarze dziwny niepokój.
Kiedy panel sterowania eksplodował czerwienią, a oba silniki zaczęły kolejno odmawiać posłuszeństwa, Ivar działał z niebywałą precyzją.
Jakby wiedział wcześniej, co się stanie. Bez wahania skierował samolot w stronę opuszczonego pasa startowego, o którym mało kto pamiętał. Ta decyzja zadecydowała o przetrwaniu wszystkich na pokładzie.
Lądowanie było twarde, lecz skuteczne. Gdy samolot się zatrzymał, pasażerowie wybuchnęli płaczem i oklaskami.
Dla nich był bohaterem. Ale on sam zachowywał się tak, jakby triumf nie miał znaczenia.
Po otwarciu drzwi kokpitu nie czekali na niego ratownicy – tylko milczący, uzbrojeni ludzie w czarnych uniformach bez oznaczeń. Zakuli go i odprowadzili, nie udzielając żadnych wyjaśnień.
Wokół maszyny ustawiano już mobilne laboratoria. Eksperci w kombinezonach ochronnych przeszukiwali wnętrze samolotu centymetr po centymetrze.
Wkrótce znaleźli coś niepokojącego: zwęglony cylindryczny moduł, który nie był częścią wyposażenia samolotu.
Wieczorem przesłuchano Ronalda. Śledczy nie pytali o procedury. Chcieli wiedzieć wszystko o Ivarze.

Czy zachowywał się inaczej? Skąd znał zapomniany pas? Dlaczego ręcznie wyłączył systemy automatyczne?
A potem padło zdanie, które Ronald zapamiętał na zawsze:
— Kapitan Lorenz wiedział coś, czego wiedzieć nie powinien. Musimy ustalić skąd… i dlaczego akurat ten lot.