Po wielu miesiącach rozłąki sierżant Marcus Lanner szedł szybko dobrze znaną ulicą. Myślał tylko o małej Elisie, która zawsze rozjaśniała jego dzień. Jednak już przy bramie poczuł zimny niepokój.
Furtka była uchylona, lekko kołysała się na wietrze. Dom wyglądał normalnie, ale panowała absolutna cisza. Marcus zawołał swoją żonę Annę, lecz odpowiedziała mu tylko pustka.

Zanim zdążył zapukać, usłyszał cichy szloch gdzieś z tyłu podwórza. Odwrócił się — i zamarł. Przy starej altanie stała duża, zardzewiała klatka.
W środku, skulona i przerażona, siedziała Elisa, trzymając w rękach zużytą maskotkę.
— Elisa… córeczko… — wyszeptał, biegnąc ku niej.
Ręce drżały mu, gdy próbował otworzyć zamek. Kiedy klatka wreszcie się otworzyła, dziewczynka rzuciła mu się w ramiona, cała zapłakana.
— Tatusiu… naprawdę wróciłeś…

Marcus czuł, jak serce mu pęka.
— Oczywiście, że wróciłem. Powiedz, co się stało? Gdzie jest mama?
Elisa pociągnęła nosem.
— Mama wyszła trzy dni temu… mówiła, że wróci szybko… ale nie wróciła…
— A kto cię tu zamknął? — zapytał, starając się brzmieć spokojnie.
— Ciocia Lina… koleżanka mamy. Powiedziała, że to „dla mojego dobra”. Była niemiła… prawie nic mi nie dawała jeść… a wczoraj powiedziała, że już nigdy nie wrócisz…

Słowa córki uderzyły go jak cios. Jak ktoś mógł tak traktować dziecko?
Przytulił Elisę mocniej.
— Już jestem. Nikt cię więcej nie skrzywdzi. Znajdę mamę. Obiecuję.
Nie wiedział jeszcze, jak ciemna okaże się prawda, którą odkryje.