Po kilku tygodniach intensywnej terapii lekarze doszli do bolesnego wniosku: kobieta pogrążona w śpiączce prawdopodobnie nigdy się nie obudzi. Jej mąż, który od dnia wypadku czuwał przy niej dniem i nocą, musiał wysłuchać nieubłaganych słów lekarza.

— Proszę pana, — powiedział lekarz ze współczuciem, — ona żyje tylko dzięki aparaturze. Musimy pozwolić jej odejść.
Mężczyzna, ze ściśniętym gardłem, nie chciał w to uwierzyć. Jak mógł pogodzić się ze stratą kobiety, którą kochał ponad wszystko, matki swoich dzieci? Każdego dnia czekał na znak: mrugnięcie, najmniejszą reakcję na jego głos. Ale nic się nie działo. W domu synowie pytali codziennie:
— Tato, czy mama wróci?
A on odpowiadał, z wymuszonym uśmiechem:
— Oczywiście, musimy wierzyć.

Tego dnia jednak nadzieja gasła. Drżącymi rękami podpisał dokumenty pozwalające wyłączyć maszyny. W pokoju rozległ się przenikliwy sygnał, a potem zapadła ciężka cisza. Ściskając zimną dłoń żony, wyszeptał:
— Zawsze będziesz moją miłością, najlepszą matką i najpiękniejszą duszą.
Pochylił się, by pocałować ją w czoło… i nagle znieruchomiał. Jej klatka piersiowa unosiła się lekko, a potem coraz wyraźniej. Oddychała. Sama.
Lekarze, zdumieni, potwierdzili niemożliwe: jej ciało samo odzyskało oddech życia. Natychmiast rozpoczęto procedury stabilizujące. Mąż płakał, obejmując ją i powtarzając jej imię:

— Jesteś tutaj, walczyłaś… Wiedziałem, że jesteś silna.
Następne tygodnie były trudne, pełne rehabilitacji. Ale pewnego ranka otworzyła oczy. Słabe, lecz żywe. Mąż ujął jej dłoń i powiedział przez łzy:
— Witaj w domu, moja miłości.